Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Niski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Niski. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 30 czerwca 2025
niedziela, 11 czerwca 2023
niedziela, 31 lipca 2022
24.07 Jaworzyna Konieczniańska
Trasa: Radocyna - Konieczna - Beskidek - Jaworzyna Konieczniańska - Przełęcz Regietowska - Obycz - Wysowa-Zdrój - Cigelka
Niedziela w Radocynie wstała pochmurna i o wiele chłodniejsza od poprzednich dni. Zazwyczaj taka pogoda mnie irytuje jeśli jestem w górach i chcę pójść zobaczyć ładne widoki. Ale tym razem to była prawdziwa ulga. Z przyjemnością wyszedłem na taras "Siedliska Radocyna", aby nacieszyć się chłodnym powietrzem i popatrzeć na widoki stamtąd.
Plan na ten dzień był taki, aby dojść do Wysowej-Zdrój najkrótszą trasą, czyli szlakiem granicznym, a potem przejść do wsi Cigelka na Słowacji, skąd późnym popołudniem i wieczorem miałem pojechać przez Bardiów i Preszów do Popradu, aby nazajutrz zdobywać stamtąd Tatry Słowackie. Nie miałem jakichś szczególnych oczekiwań wobec tej trasy, a tymczasem okazała się wyjątkowo przyjemna. Na pewno pomogły w tym niższe temperatury, w których wędrowało się mi o wiele łatwiej, ale jednocześnie sama trasa okazała się ciekawsza niż się spodziewałem.
Na początek poszedłem żółtym szlakiem z Radocyny do Koniecznej. Zajęło mi to godzinę, w trakcie której wędrowałem przez las po wygodnej i prawie płaskiej ścieżce. Nieco bardziej widokowo zrobiło się przed Konieczną, gdy wyszedłem na obszar rozległych łąk z pasącymi się krowami.
W Koniecznej wszedłem na niebieski szlak Rzeszów-Grybów - a więc po prawie roku znalazłem się ponownie na tzw. Szlaku Karpackim, drugim najdłuższym szlaku w Beskidach. Ten wyjątkowo dziki szlak dopiero w ostatnich paru latach zaczął zdobywać nieco więcej popularności. Jego odcinki w Bieszczadach, które zaliczyłem rok temu w sierpniu, wspominam bardzo miło ze względu na ich piękno i całkowite oderwanie od cywilizacji. Bardzo więc się cieszyłem, że mogłem wrócić na ten szlak i zaliczyć inny jego odcinek, tym razem w Beskidzie Niskim. Szlak przez kilkaset metrów prowadził mnie opustoszałą szosą do przejścia granicznego, po czym odbił wzdłuż granicy na zachód, w dziki las.
Mniej więcej kilometr dalej, w lesie natrafiłem na jeden z wielu w Beskidzie Niskim cmentarzy z I Wojny Światowej. Poprzednim razem na takim cmentarzu byłem rok temu na Rotundzie, gdzie ogromne wieże wyglądają szczególnie imponująco. Cmentarz nad Konieczną ma dla porównania tylko jedną wieżę, ale atmosfera na nim naprawdę jest przejmująca.
Po odwiedzinach na cmentarzu wędrowałem dalej przez wyciszony las. W jednym miejscu pojawił się prześwit z widokiem na Jaworzynę Konieczniańską, którą miałem wkrótce zdobywać. Już z tej perspektywy widziałem, że przede mną spora różnica przewyższeń do pokonania.
I rzeczywiście, podejście na Jaworzynę Konieczniańską dało popalić. Nie było aż tak hardkorowo jak na słynnej "ścianie płaczu" na pobliskiej Lackowej, ale niewiele do tego brakowało...
Zejście z Jaworzyny Konieczniańskiej do Przełęczy Regietowskiej też było strome. Potem kolejne strome podejście, tym razem na Obycz, a następnie w końcu trochę łagodniejszy odcinek szlaku do Wysowej-Zdrój. Tam miałem szczęście, bo załapałem się akurat na jedyny czas w tygodniu, kiedy można wejść do zabytkowej drewnianej cerkwi i ją zwiedzić. Taka możliwość istnieje przez kilka godzin w niedziele wczesnym popołudniem.
Po obiedzie, który zjadłem w restauracji "Arkadia" (polecam - kuchnia tam jest przepyszna!), zakupach (Delikatesy Centrum w Wysowej-Zdrój są otwarte także w niedziele) oraz degustacji wód mineralnych w pijalni w Parku Zdrojowym, przyszła pora na ostatni odcinek mojej trasy, do Cigelki. Można by tam pójść bardzo szybko zielonym szlakiem, ale odcinek tego szlaku do granicy przeszedłem pod koniec wycieczki na Lackową (opisaną w relacji z 22.10.2021) i nie chciałem drugi raz iść tą samą trasą. Tak więc tylko przez kilometr "dublowałem" ją, po czym odbiłem na inną, trochę dłuższą ale bardzo ciekawą trasę, o której opowiem za chwilę :) Najpierw jednak przeszedłem zielonym szlakiem przez łąki na zachód od Wysowej-Zdrój. W ciągu poprzednich kilku godzin niebo rozpogodziło się i zrobiło się piękne letnie popołudnie.
W połowie drogi do granicy dochodzi do rozwidlenia: zielony szlak podąża na wprost, a na lewo odbija asfaltowa droga, po której jednocześnie przebiega czerwona ścieżka dydaktyczna. Prowadzi ona do kaplicy na górę Jawor, która jest uważana za świętą górę przez prawosławnych ze względu na objawienia, do jakich doszło tam w 1925 roku. Miejsce to zdobią charakterystyczne dla prawosławia krzyże (podobne, w większej ilości można zobaczyć np. na świętej górze Grabarka na Podlasiu):
Jest też źródło wody pitnej (a chyba nawet dwa, choć z drugiego nie można było korzystać):
Ale najciekawsza była oczywiście sama kaplica.
Wystarczyło pójść dosłownie parę minut przed siebie wyraźną ścieżką, aby dojść do granicy. Tam dołączyłem do czerwonego szlaku, którym skierowałem się do skrzyżowania z zielonym szlakiem na przełęczy nad Cigelką. Ten króciutki odcinek okazał się hitem dnia. Widoki na nim są, w mojej prywatnej opinii, absolutnie najpiękniejszymi z jakimi spotkałem się w Beskidzie Niskim. Roztaczają się z niego wspaniałe panoramy na dwie najwyższe góry w tym paśmie (Lackową oraz Busov), a na dalszym etapie także na samą górę Jawor.
Zejście zielonym szlakiem z przełęczy Cigelka do wsi o tej samej nazwie prowadzi łąkami i jest kontynuacją świetnych widoków.
Wcześniej w Wysowej-Zdrój nakupiłem w sklepie cukierków, ponieważ pan Andrzej, który dał mi schronienie podczas burzy poprzedniego dnia, ostrzegł mnie że Cigelka to miejscowość zamieszkana głównie przez Cyganów i że romskie dzieci napastują wędrowców, domagając się od nich cukierków. Jak się okazało, niepotrzebnie - Cigelka była w to niedzielne popołudnie totalnie wymarła i ani jednej osoby tam nie spotkałem, więc cukierki zostały dla mnie :) Gdy jechałem jednak autobusem stamtąd do Bardiowa to rzeczywiście po drodze przejeżdżałem obok licznych osiedli Romów, mieszkających w slumsach. Dużo dzieci bawiło się koło nich, a niektóre nawet próbowały ścigać się z autobusem. Żal mi było widzieć, w jakich opłakanych warunkach mieszkają, chociaż z tego co słyszałem to słowaccy Cyganie chyba sami podjęli decyzję o takim stylu życia...
Po autobusie do Bardiowa czekała mnie jeszcze podróż pociągiem do Preszowa, dłuższa przerwa w tym mieście (podczas której zwiedziłem jej urokliwą starówkę) i kolejny pociąg do Popradu, gdzie dojechałem wkrótce po północy. Zameldowałem się w hotelu "Gerlach" niedaleko dworca i od razu położyłem się spać, bo nazajutrz miałem podjąć wyzwanie w postaci... Rysów :)
23.07 Łemkowska Watra
Trasa: Wysowa-Zdrój - Blechnarka - Wysoki Wierch - Regietów - Zdynia - Radocyna
Cały mój misterny plan na sobotę 23 lipca nie powiódłby się, gdyby firma Voyager nie uruchomiła niedawno dodatkowego kursu autobusu Gorlice-Wysowa o 5:35 rano w soboty. Bez tego nie miałbym jak dojechać w głąb Beskidu Niskiego, bo transport publiczny na południe od Gorlic (poza wspomnianym Voyagerem) leży i kwiczy. Ale dzięki temu, że mogłem dojechać już o bardzo wczesnej porze do Wysowej-Zdrój, mogłem zrobić sobie tego dnia niesamowicie interesującą wycieczkę.
Moim głównym celem było odwiedzenie 40 edycji festiwalu "Łemkowska Watra" w Zdyni, celebrujących kulturę Łemków. Wiedziałem od dawna o ich istnieniu, ale zanim w sierpniu 2021 nie wybrałem się w Beskid Niski to tak naprawdę nigdy nie zainteresowałem się ich dziejami i kulturą. Ale właśnie ta wizyta w Beskidzie Niskim otworzyła mi oczy na piękno łemkowskiej kultury: architektury, muzyki, religii, języka... I dlatego postanowiłem pójść na ten festiwal, aby dowiedzieć się o Łemkach nieco więcej i bliżej ich kulturę poznać.
Do Zdyni, miejsca festiwalu, żaden autobus nie dojeżdża w soboty, ale przyjechawszy do Wysowej-Zdrój o 6:30 miałem wystarczająco czasu, aby dojść na piechotę do Zdyni w samą porę na główny koncert Łemkowskiej Watry, trwający od 13:00 do 17:30. Po szlaku najszybciej by było pójść na Kozie Żebro i stamtąd trasą Głównego Szlaku Beskidzkiego do Zdyni przez Regietów i Rotundę. Ale większość tej trasy już znałem po moim ubiegłorocznym przejściu GSB, więc postanowiłem dojść do Zdyni nieco niekonwencjonalnie. A jak? Dowiecie się czytając tą relację :)
Na początek skierowałem się żółtym szlakiem na południowy wschód, do wsi Blechnarka. Ten odcinek prowadził po niemal płaskim asfalcie, ale absolutnie nie było nudno. Od samego początku wchłonęła mnie ta magia, ta szczególna atmosfera Beskidu Niskiego: ten wyjątkowy spokój, to poczucie jakby czas płynął tam zupełnie inaczej. Widoki dookoła nie były porywające, ale były ładne i naturalne - i to wystarczyło, aby nacieszyć moje oczy.
We wsiach łemkowskich napisy przy wjeździe do miejscowości są w dwóch językach - rok temu zauważyłem to m.in. w Ropkach, a tym razem także w Blechnarce.
Za Blechnarką, już prawie przy granicy słowackiej, skręciłem na północ, na ścieżkę dydaktyczną o kolorze czarnym, która docelowo prowadzi do cmentarza z I Wojny Światowej (cmentarz nr 49). Nie doszedłem jednak aż do cmentarza, bo w miejscu gdzie ścieżka dydaktyczna odbija do niego na wschód, ja poszedłem dalej na północ szeroką leśną drogą. Przeciąłem niebieski szlak i kontynuowałem dalej w kierunku północnym, po drodze gruntowej. Według mojej mapy miał nią przebiegać inny szlak dydaktyczny, żółty - guzik prawda, żadnych oznakowań tam nie było. Ale droga była na tyle wyraźna, że nie sposób było ją zgubić. Przeszedłem przez Wysoki Wierch (nie mylić z górą o tej samej nazwie w Pieninach, na której byłem zaledwie kilka dni wcześniej) i zszedłem w kierunku Regietowa. Wyszedłszy z lasu, maszerowałem przez łąki z których roztaczały się piękne widoki, m.in. na Jaworzynę Konieczniańską (pierwsze zdjęcie) i Rotundę (drugie).
Dotarłem do żółtego szlaku, który poprowadził mnie kolejną płaską asfaltową drogą do Regietowa. Po drodze minąłem małą cerkiew i cmentarz na miejscu nieistniającej już wsi Regietów Wyżny. Jest to jedna z wielu wsi w Beskidzie Niskim, której mieszkańcy, przeważnie Łemkowie, zostali wysiedleni w 1947 roku w ramach akcji "Wisła". Zostały po nich tylko krzyże...
Widok spod cerkwi na Jaworzynkę (po prawej) i Wysoki Wierch (po lewej):
Po drodze do Regietowa mijałem kolejne prawosławne krzyże:
W Regietowie na chwilę wszedłem na Główny Szlak Beskidzki - akurat na tym odcinku, na którym mija studencką bazę namiotową SKPB Warszawa. Gdy pokonywałem tą część GSB (12.08.2021) nikt na bazie nie zwrócił na mnie uwagi, ale tym razem ewidentnie zarządzał tam przyjaźniejszy gospodarz, gdyż widząc mnie od razu wyszedł na powitanie i przez chwilę miło sobie porozmawialiśmy. Zaprosił mnie nawet na herbatę, ale z żalem musiałem odmówić, bo zależało mi na tym aby zdążyć do Zdyni na koncert. Gospodarz nie miał do mnie pretensji i nawet pokierował mnie do źródełka wody pitnej oraz udzielił mi rad na temat dalszej drogi. Tak więc wyniosłem tym razem z bazy w Regietowie same pozytywne wrażenia :)
Choć gospodarz bazy zachęcał mnie do przejścia przez Rotundę, ja jednak zamierzałem przejść do Zdyni szybszą trasą, która jednocześnie nie dublowałaby się z GSB. Tak więc zamiast iść do góry na Rotundę, pomaszerowałem szeroką drogą szutrową, która trawersuje Rotundę od wschodu, a następnie południa i bo względnie płaskim terenie prowadzi do Zdyni. Taki wariant trasy na pewno był o wiele mniej ciekawy (ominął mnie pięknie skonstruowany cmentarz na Rotundzie), ale jednocześnie krótszy i szybszy, a przy tym zaoszczędziłem sobie podejścia, które tego dnia byłoby z pewnością szczególnie męczące (niestety burza z poprzedniego dnia nic nie pomogła i upał wraz z duchotą osiągały właśnie swoje apogeum). Większość drogi wyglądała dość monotonnie, o tak:
Ale był też jeden punkt gdzie droga "otarła się" o skraj lasu i wystarczyło zboczyć z niej odrobinkę, aby wejść na łąkę z śliczną panoramą.
Chociaż odniosłem wrażenie że wędruje tamtędy wyjątkowo mało turystów (nic dziwnego, skoro nie prowadzi tam żaden oficjalny szlak) to jednak lokalne nadleśnictwo zadbało o ich edukację - taka tablica informacyjna jak poniższa przydałaby się na wielu popularniejszych trasach, aby jak najwięcej ludzi było świadomych jej treści.
W Zdyni zaszedłem do ośrodka wypoczynkowego "U Zosi", który wspominałem z wielkim sentymentem z mojej wędrówki GSB, kiedy zjadłem tam ogromny i pyszny obiad, a na stole obok leżało mnóstwo ciast specjalnie przygotowanych dla gości i dosłownie pachnących świeżością :) Tym razem ciast nie było, a pora była zbyt wczesna na obiad, ale przynajmniej udało mi się kupić kompot, który smakował wybornie :) Potem zabrałem się za szukanie miejsca festiwalu. Byłem nieco zaskoczony, że w ogóle nie było słychać żadnych dźwięków muzyki - a byłem przekonany że będzie niosła się po całej okolicy. Jak się okazało, festiwal odbywał się kawał drogi za wsią, na terenie znajdującym się za wzgórzem, co skutecznie zagłuszało dźwięk. Musiałem skierować się szosą do południowej części wsi i dopiero tam zastałem napis świadczący o tym, że do celu już niedaleko:
Skręciłem z szosy na mniejszą drogę, prowadzącą docelowo do Radocyny. Wędrówka nią była niezbyt przyjemna (co chwila mijały mnie samochody uczestników festiwalu, a droga była dość wąska), ale przynajmniej w zamian była nawet całkiem widokowa.
Wkrótce dotarłem na teren Łemkowskiej Watry. Po przejściu przez kontrolę bezpieczeństwa znalazłem się w gwarnym tłumie, wśród licznych stoisk z rękodziełem oraz produktami gastronomicznymi.
Przyznam się że stoiska na festiwalu trochę mnie zawiodły, bo choć było kilka naprawdę ciekawych (jak ta na powyższym zdjęciu) to było jednak również trochę kiczu, a stoiska gastronomiczne to prawie same fast-foody (burgery, kebaby, frytki itp.). Było tylko jedno stoisko z autentyczną kuchnią regionalną. Oczywiście to tam zjadłem obiad, który był naprawdę przepyszny: skosztowałem m.in. świeżego chleba z pasztetem warzywnym, wędzonego sera, placków i świeżych ciast.
Na poniższym zdjęciu na pierwszym planie jest tytułowa "watra", czyli ognisko płonące przez cały czas trwania festiwalu (choć w ten upalny dzień zbliżanie się do tego ogniska było równoznaczne z torturą dla ciała), a w tle scena na której przez całe popołudnie odbywały się występy zespołów.
To przede wszystkim ze względu na muzykę zdecydowanie warto było przyjść na Łemkowską Watrę. Jakaż była cudowna różnorodność! Zespoły z Polski, Słowacji i Ukrainy, a także goście z Serbii: chóry, soliści, zespoły męskie, zespoły żeńskie, zespoły dziecięce, zespoły taneczne... Co kilkanaście-kilkadziesiąt minut nowi wykonawcy wchodzili na scenę i każdy prezentował coś oryginalnego. Były nawet klimaty disco i hip-hopowe, ale przeważała tradycyjna muzyka łemkowska, w której słychać wyraźną "wschodnią" nutę - jest w niej pewna rzewność, którą słyszy się często w muzyce ukraińskiej. W ogóle w tych ciężkich czasach wojny za naszą wschodnią granicą, tegoroczna Łemkowska Watra nabrała szczególnego znaczenia: była to okazja do zamanifestowania solidarności z Ukraińcami, do których Łemkowie są tak mocno kulturowo zbliżeni. Zwłaszcza zespoły z Ukrainy otrzymywały wielkie owacje od publiczności, a ich uczestnicy w swoich przemowach przed czy po występach nie szczędzili podziękowań dla Polaków za okazane im wsparcie od czasu rozpoczęcia konfliktu.
Poniżej zdjęcia kilku zespołów, które udało mi się wykonać pod samą sceną:
Niestety musiałem opuścić koncert nieco przed jego zakończeniem, ponieważ niebo zaczęło się złowieszczo chmurzyć i stało się ewidentne, że nadchodzi burza. W prognozach na ten dzień zapowiadano szczególnie gwałtowne burze i nawet otrzymałem na telefon alert od Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. A miałem przed sobą jeszcze parę godzin wędrówki do Radocyny, gdzie miałem zarezerwowany nocleg. Z żalem więc opuściłem teren festiwalu, ale i tak uważam popołudnie za bardzo udane - to było naprawdę wyjątkowe przeżycie artystyczne!
Udałem się na wschód drogą szutrową, wiodącą przez góry do Radocyny. Ruch na niej był o wiele mniejszy niż na asfalcie od Zdyni do terenu festiwalu, choć wciąż od czasu do czasu mijały mnie pojedyncze samochody, wzbijając w powietrze tumany kurzu. Już po kilkunastu minutach wędrówki usłyszałem pierwsze grzmoty burzy, a niebo ciemniało coraz bardziej. Początkowo kierunek, z którego dochodziły grzmoty, świadczył o tym że burza przechodzi bokiem. I chyba rzeczywiście tak było, bo przez kolejną godzinę burza nie zbliżyła się za bardzo, a grzmoty były cały czas w pewnej odległości. W takich okolicznościach dotarłem do terenu opuszczonej wsi Lipna, po której zostały tylko symboliczne drzwi.
Atmosferę grozy w tym ponurym miejscu potęgowało ciemniejące niebo i nagła seria znacznie bliższych grzmotów. Wyglądało na to, że burza w końcu wkraczała nad Beskid Niski. Przyspieszyłem kroku i "marszobiegiem" dotarłem do ośrodka wypoczynkowego Lasów Państwowych w Radocynie. Stamtąd miałem jeszcze odległość 2 kilometrów do mojej kwatery (Siedlisko Radocyna). Ale musiałem zaczekać z pokonaniem ich, bo burza rozszalała się nade mną. Całe szczęście, że stało się to akurat wtedy, gdy dotarłem do pierwszego punktu na trasie z możliwym schronieniem. Przeczekałem burzę w restauracji ośrodka, a gdy zdawało się że przeszła, ruszyłem dalej, w kierunku południowym po żółtym szlaku.
Niestety po zaledwie kilku minutach ponownie zaczęło mocno grzmieć i błyskać. Miałem trochę stracha, bo las przede mną się rozrzedzał i wchodziłem na dość otwarty teren, na którym byłbym wyeksponowany na pioruny. Ku mojej wielkiej uldze zobaczyłem pojedynczy dom przy szlaku. Podbiegłem do niego i schroniłem się pod jego zadaszeniem. Wtedy wyjrzał jego właściciel i zaprosił mnie do środka, co było bardzo miłe z jego strony. Przez kolejne pół godziny siedziałem z moim życzliwym gospodarzem, panem Andrzejem, na miłej rozmowie, aż wreszcie burza przeszła i mogłem pójść w dalszą drogę. Panie Andrzeju - jeszcze raz dziękuję za pomoc!
Do Siedliska Radocyna został mi jeszcze mniej więcej kilometr. Przeszedłem go dość żwawo, bo choć burza oddaliła się to deszcz wciąż padał dość mocno. Mokry i zmęczony dotarłem na moją kwaterę, gdzie mogłem nareszcie porządnie odpocząć w wygodzie (standard zakwaterowania był tam naprawdę wysoki) i przytulnej atmosferze. W następnym wpisie pokażę Wam widoki stamtąd (naprawdę ładne) i opowiem, jak wyglądała moja wędrówka kolejnego dnia...
niedziela, 31 października 2021
22.10 Lackowa
Trasa: Piszczelanka - Huzary - Mrokowce - Dzielec - Czerteż - Przełęcz Beskid - Lackowa - Przełęcz Pułaskiego - Cigelka - Wysowa-Zdrój
Pora na pierwszą relację z trzydniowego wypadu na południe Polski, podczas którego miałem okazję przejść się po górach w - moim subiektywnym zdaniem - absolutnie najpiękniejsze dni roku. Choć góry są piękne przez cały rok, to serio żadna inna pora nie może dorównać dniom słonecznej "złotej jesieni", na które przypada szczyt eksplozji jesiennych kolorów. A te wypadły akurat w dni mojej wizyty w Beskidach 22-24 października. Lepiej złożyć się nie mogło: bardzo potrzebowałem tego wyjazdu pod względem psychicznym po ciężkim tygodniu z różnymi zawirowaniami, a do tego 23 października wypadała moja ostatnia wolna sobota (od kolejnej miałem pracować co sobotę). Więc to był idealny czas na wyjazd w góry i akurat wtedy trafiły mi się te warunki, w których kocham je najbardziej.
Nie miałem wątpliwości, co chcę zrobić pierwszego dnia: zdobyć ostatnią górę, która została mi do zaliczenia spośród karpackich szczytów Korony Gór Polski. A więc Lackową, najwyższy szczyt Beskidu Niskiego. Ostatnio zdobyłem Wysoką w Pieninach i Łysicę w Górach Świętokrzyskich - jeszcze tylko Lackowa i będę miał zdobytych 12 z 28 gór, a do zaliczenia pozostanie mi 16 sudeckich szczytów (być może zrobię to w przyszłym roku). Wiedziałem, że Lackowa nie da się zdobyć tak łatwo, bo słyszałem że podejście nad nią jest jednym z najstromszych szlaków w całych Beskidach, nazwane "ścianą płaczu"... i te pogłosy okazały się prawdą, ale mimo trudności misja Lackowa się powiodła :)
Wystartowałem z przystanku autobusowego na obrzeżach Tylicza (w dzielnicy noszącej na mojej mapie nazwę Piszczelanka). Co ciekawe, dojechałem tam z Krynicy autobusem całkowicie za darmo. Oczekiwałem na busa firmy Rafatex na trasie Krynica-Tylicz, a tymczasem parę minut wcześniej podjechał autobus bezpłatnej komunikacji uzdrowiskowej, który pokonywał tą samą trasę za friko. Ledwo wysiadłem w Piszczelance, gdy zaraz potem minął mnie pusty bus Rafatexa. Cóż, skoro dosłownie kilka minut wcześniej tą samą trasą jeździ bezpłatny autobus, to nie wróżę płatnym przejazdom Rafatexa powodzenia z taką konkurencją...
Z Piszczelanki w 20 minut wszedłem żółtym szlakiem na górę Huzary. Tam na chwilę moja trasa zetknęła się z Głównym Szlakiem Beskidzkim, którym przechodziłem tamtędy 11 sierpnia. Oczywiście od razu odżyły wspomnienia z tego dnia, kiedy po raz pierwszy w życiu wszedłem w magiczny, jedyny w swoim rodzaju Beskid Niski. Same Huzary, gęsto zalesione, podobnie jak podczas sierpniowego przejścia GSB nie zrobiły na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Tylko jeden szczegół tym razem zwrócił moją uwagę: chyba pierwszy raz zastałem porządny, "miejski" kosz na śmieci na szczycie góry, do której nie dociera żadna droga ani kolejka. Ciekawe kto i jak często go opróżnia ;)
Widziałem porozwieszane przy szlaku wstążki, oznaczające trasę biegu "Łemkowyna", który miał się odbyć następnego dnia. Grubo ponad 100 kilometrów biegu, z Krynicy do Komańczy, po trasie Głównego Beskidzkiego przez piękny Beskid Niski... Z pewnością jest to niezapomniana przygoda dla uczestników, ale ja chyba jednak wolę tą trasę przejść niż przebiec, żeby móc bardziej delektować się urokami Beskidu Niskiego :) Nie wspominając o tym, że absolutnie nie mam kondycji do przebiegnięcia takiej trasy :D
Tym razem jednak moja trasa wiodła nie Głównym Szlakiem Beskidzkim, tylko zielonym szlakiem do granicy polsko-słowackiej. Zszedłem nim po wschodnich stokach Huzarów, szlakiem który wyglądał jak kopiuj-wklej równoległego zejścia GSB do Mochnaczki Niżnej. Różnica jednak była taka, że o ile w sierpniu schodziłem GSB przez zielony las, to tym razem mogłem ten las oglądać w znacznie bardziej kolorowej odsłonie.
Potok Mochnaczka, stanowiący granicę Beskidu Sądeckiego i Niskiego, musiałem przekroczyć w bród. Nie chcąc zmoczyć sobie butów, zdjąłem je wraz z skarpetkami i przeszedłem na bosaka. Woda była strasznie zimna, ale jakże odświeżająca :)
Po przekroczeniu Mochnaczki miałem poczucie "deja vu" z 11 sierpnia. Oto, tak samo jak wtedy, znalazłem się nagle w paśmie górskim o zupełnie innym charakterze: niskie wzniesienia falujące po horyzont, rozległe łąki, poczucie pustki, a na około całkowita cisza.
Chłonąłem te rozległe widoki, bo przypuszczałem po tym co przeczytałem o szlaku na Lackową, że potem długo takich nie uświadczę. I tak rzeczywiście było: od momentu gdy dotarłem na granicę i zmieniłem kolor szlaku z zielonego na czerwony, trasa była praktycznie w całości gęsto zalesiona. O innej porze roku być może bym się trochę nudził na takim szlaku. Ale nie jesienią, przy tylu cudownych kolorach dookoła!
Do Przełęczy Beskid szedłem zupełnie sam. Za przełęczą na szlaku nagle przybyło turystów, zarówno idących w tą samą stronę co ja jak i w przeciwną. No i doszedłem w końcu pod słynną "ścianę płaczu". Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że taki trudny odcinek chcę pokonać idąc pod górę zamiast schodząc - na takich stromiznach z dwojga złego wolę to pierwsze. Dlatego szedłem w stronę Wysowej a nie odwrotnie, mimo że pod względem logistycznym lepiej by było iść w przeciwnym kierunku (powrót z Tylicza i Krynicy do Krakowa byłby o wiele łatwiejszy niż z Wysowej). I myślę że to był rozsądny wybór - nie wyobrażam sobie schodzenia po takiej "ścianie". Zdjęcia zupełnie nie oddają, jak stromo tam było.
Na takim szlaku złota jesień ma swoje mankamenty - z jednej strony jest o wiele bardziej kolorowo i piękniej, ale z drugiej opadłe liście przykrywają podłoże i przez to człowiek nie bardzo widzi grunt pod nogami. A to jest ważne na takim wymagającym szlaku. Musiałem posuwać się do góry bardzo ostrożnie, żeby nie postawić nogi źle i nie skręcić jej. Kilka razy musiałem chwytać się korzeni drzew, aby nie stracić równowagi na niestabilnym podłożu. Ale nie chcę Was przestraszyć tym opisem - owszem, było ciężko jak na Beskidy, ale ogólnie bez tragedii. Trochę ostrożności i spokojnie da się wejść po tej "ścianie płaczu". W porównaniu z niektórymi tatrzańskimi szlakami to poziom trudności wciąż jest niski. A po tym jednym newralgicznym odcinku, reszta drogi na szczyt Lackowej jest niemal płaska.
Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, gdy w prześwicie pomiędzy drzewami ujrzałem Tatry! Widoczność tego dnia była nadzwyczaj dobra. Troszkę szkoda, że przy takich warunkach nie pokonywałem bardziej "panoramicznego" szlaku.
Sam szczyt Lackowej jest pozbawiony widoków. Są tam za to ławeczki, z których oczywiście skorzystałem, bo uważałem że należy mi się chwila odpoczynku po tym wymagającym podejściu. Wiał tam jednak zimny wiatr, który był bodźcem do tego aby dość prędko ruszyć w dalszą drogę.
Szlak po wschodniej stronie Lackowej jest prawie symetryczną kopią tego po zachodniej stronie: płaski odcinek pod szczytem, potem skręt o 90 stopni i strome zejście na przełęcz (od zachodu Przełęcz Beskid, od wschodu Przełęcz Pułaskiego), następnie łagodniejsze podejście na kolejną górę (Czerteż od zachodu, Ostry Wierch od wschodu). Z taką różnicą, że oczywiście zejście na Przełęcz Pułaskiego jest mniej strome od "ściany płaczu". Owszem, trochę stromo tam jest, ale nie aż w takim stopniu. Przed przełęczą na chwilę odsłonił się przede mną Ostry Wierch:
Dalsza wędrówka czerwonym szlakiem wyglądała podobnie jak do tej pory - bez widoków, za to bardzo barwnie.
Ciekawsze widoki pojawiły się dopiero przed przełęczą Cigelka, tuż przed tym gdy skręciłem z szlaku granicznego na zielony szlak do Wysowej-Zdrój. Ale jakie to były śliczne widoki!
Z tej perspektywy pięknie prezentowała się zdobyta wcześniej Lackowa:
Opuszczając granicę, zielonym szlakiem zagłębiłem się znów w las, by po kilkunastu minutach wyjść z niego wśród łąk przed Wysową.
Typowy dla Beskidów widok krzyża z górami w tle - z tym że w Beskidzie Niskim, w odróżnieniu od pozostałych beskidzkich pasm, częściej można natrafić na krzyż prawosławny.
Tak miło było wrócić do Wysowej-Zdrój, którą poznałem w sierpniu podczas wędrówki GSB. Obowiązkowo pstryknąłem fotki najbardziej charakterystycznym budynkom: cerkwi i domowi zdrojowemu. W tym drugim obowiązkowo zatrzymałem się na degustację wód leczniczych. A potem trzeba było szybko zmywać się na autobus, bo była już prawie 16, a według rozkładu odjazd miał być o 16:03 (jak się jednak okazało, autobus odjechał z prawie półgodzinnym opóźnieniem). Kolejny autobus miał odjechać dopiero o 19:30, a to byłoby za późno abym mógł dojechać do Krakowa na zarezerwowany tam nocleg.
Droga powrotna do Krakowa zachwyciła mnie swoimi panoramami. Najpierw przejazd autobusem do miejscowości Ropa, wśród uroczych krajobrazów Beskidu Niskiego (szczególnie widokowo było na odcinku wzdłuż Jeziora Klimkowskiego). Potem drugi autobus z Ropy do Grybowa, przez wzgórza oświetlone promieniami zachodzącego słońca. W Grybowie (bardzo ładne miasteczko, swoją drogą) zjadłem kolację, a potem już po ciemku dojechałem pociągiem do Krakowa. To był fantastyczny dzień - ale góry miały pokazać przede mną swoje jeszcze piękniejsze oblicze już nazajutrz...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



































































