Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Kysucki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Kysucki. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 12 stycznia 2026
sobota, 29 listopada 2025
piątek, 13 czerwca 2025
piątek, 31 stycznia 2025
poniedziałek, 31 grudnia 2018
14.12 Wokół Zwardonia
Trasa: Piekło - Wołowiec - Węglarze - Myto - Przełęcz Przysłop - Serafinov - Orawcowa - Zwardoń
Zachęcony pięknymi doświadczeniami w zimowych górach poprzedniego dnia oraz zapowiadanym na piątek 14 grudnia "okienkiem pogodowym", postanowiłem skorzystać z tego, że wyjątkowo miałem tego dnia wolne popołudnie, i wybrałem się na górską wycieczkę na pograniczu polsko-słowackim. Chciałem w ten sposób też nieco odstresować się po naprawdę wyczerpującym tygodniu. Nic innego nie działa na mnie tak dobrze w takich sytuacjach, jak właśnie góry :) I tym razem ponownie wykonały swoją rolę - wróciłem z Beskidów czując się zupełnie odmienionym, w takim stopniu że nie byłem ani trochę zawiedziony faktem, iż "okienko pogodowe" zupełnie nie wypaliło.
Do tej pory ilekroć jechałem do Zwardonia zawsze jechałem pociągiem, ale tym razem postanowiłem po raz pierwszy skorzystać z busa jadącego z Żywca do tej miejscowości. Miało to dodatkową zaletę, że zamiast rozpoczynać wycieczkę na dworcu kolejowym mogłem uczynić to w bardziej odległym zakątku Zwardonia. I tak oto wysiadłem z busa w osadzie Piekło, położonej tuż przy drodze ekspresowej S1, przy niewielkiej asfaltowej drodze prowadzącej do osady Wołowiec (proszę nie mylić z słynnym Wołowcem w Tatrach ;) ). Jest to rejon który sprawia wrażenie bycia naprawdę na końcu świata, bo po pobliskiej ekspresówce prawie nikt nie jeździ, a oprócz niej dookoła są tylko nieliczne zabudowania i dzikie lasy.
Szybkim krokiem udałem się pustą drogą do Wołowca. Widoki z tamtejszych łąk nie są tak spektakularne jak panoramy z tatrzańskiego Wołowca, ale i tak są niczego sobie, oferując rozległą panoramę Rachowca.
Natrafiłem na taką oto piękną kapliczkę. Jak widać, jej fundatorka Anna Węglarz prosi o westchnienie w jej intencji do Boga, jednak przypuszczam że niewiele osób ma możliwość to czynić, ponieważ kapliczka znajduje się przy dróżce która raczej nie jest zbyt często używana. Załączam więc zdjęcie kapliczki tutaj, abyście i Wy, czytelnicy, odmówili za Annę "zdrowaśkę".
Zaśnieżona dróżka doprowadziła mnie z Wołowca do kolejnej osady - Węglarze, z której było naprawdę bliziutko do niebieskiego szlaku, sprowadzającego z Sołowego Wierchu do Zwardonia. Całkiem fajne widoczki były na tym odcinku.
Tak samo jak podczas wycieczki z 10 lipca - z tą tylko różnicą, że teraz w śniegu, za to bez goniącej mnie burzy - na obrzeżach Zwardonia skręciłem w prawo na asfaltową drogę i przeszedłem przez Myto do Przełęczy Przysłop na granicy z Słowacją, gdzie przeszedłem mostem na drugą stronę drogi ekspresowej, nadal sprawiającej wrażenie totalnie nieużywanej...
A następnie poszedłem czerwonym szlakiem słowackim do miejscowości Serafinov, przecierając go (co sprawiło mi ogromną frajdę) i oglądając panoramy na okoliczne wzniesienia Beskidu Kysuckiego.
Okolice Serafinova również wyglądały bajkowo w zimowej szacie.
Dalsza część mojej trasy nadal miała się pokrywać z trasą z 10 lipca - czyli z powrotem do Polski, do opuszczonego schroniska Dworzec Beskidzki a następnie czarnym szlakiem do osady Orawcowa na południowo-wschodnich krańcach Zwardonia. Postanowiłem jednak urozmaicić trasę i troszeczkę poeksperymentować: zamiast iść żółtym szlakiem z Serafinova do granicy z polską, poszedłem prosto do góry po stoku narciarskim, w kierunku południowo-wschodnim, chcąc w ten sposób dojść na skróty do Dworca Beskidzkiego. Czasowo może w ten sposób nic nie zaoszczędziłem, ponieważ wspinaczka po dość stromym stoku narciarskim w głębokim śniegu na pewno zajęła mi więcej czasu, niż gdybym poszedł szlakiem, na około co prawda ale za to dobrze wydeptaną dróżką. Za to ponowne torowanie sobie drogi przez śnieg było bez wątpienia ciekawszą opcją, a pod względem widokowym trasa "skrótowa" również miała więcej do zaoferowania od szlaku.
Ostatecznie dotarłem do granicy z Polską nie przy Dworcu Beskidzkim, ale powyżej niego, w punkcie gdzie czerwony szlak na Wielką Raczę łączy się z drogą asfaltową prowadzącą do Orawcowej. Udałem się tą drogą i wkrótce znalazłem się na czarnym szlaku, który doprowadza do niej z Dworca Beskidzkiego na skróty przez mały zagajnik. Idąc czarnym szlakiem do Orawcowej niestety nie widziałem kompletnie nic ciekawego, ponieważ chmury obniżyły się i zasłoniły panoramy z wszystkich punktów widokowych na tym odcinku. No trudno - i tak nie mogę narzekać bo jednak trochę widoków mi się tego dnia trafiło. W Orawcowej skręciłem w lewo na ulicę o tej samej nazwie (Orawcowa), którą zszedłem do Zwardonia, z niewielkimi trudnościami spowodowanymi jej stromością oraz dużym oblodzeniem (choć moje problemy z zejściem w ogóle nie dało się porównać z trudnościami, z jakimi się zmierzał młody mężczyzna idący w przeciwnym kierunku - był tak kompletnie pijany, że zupełnie nie był w stanie utrzymać toru wędrówki w linii prostej, a woń alkoholu od niego można było wyczuć na kilometr).
Na sam koniec wycieczki natrafiłem w Zwardoniu, niedaleko dworca, na wiatę, której nigdy wcześniej nie zauważyłem. Znajdowała się tam oryginalna rzeźba, a obok niej drewniana tablica z pełnym tekstem lokalnej zwardońskiej legendy.
Próbowałem legendę przeczytać, ale zrozumiałem ją tylko częściowo ze względu na to, że była napisana w gwarze śląskiej. Kilka niezłych "tekstów" w niej jednak poleciało - wklejam ostatnią część legendy, gdzie zwłaszcza przedostatnie zdanie jest mocne :D
Po tej intrygującej lekturze udałem się na pociąg do Bielska-Białej. Zawsze podczas jazdy tą linią kolejową szczególnie podobała mi się pierwsza część podróży, pomiędzy Zwardoniem a Solą, gdyż przebiega przez szczególnie dziewiczy teren, pośród rozległych, dzikich borów. Tym razem po raz pierwszy mogłem obejrzeć widoki na tym odcinku w zimowej "oprawie" i muszę powiedzieć, że prezentowały się wyjątkowo pięknie. Za Solą już nie miałem możliwości podziwiać kolejnych widoków z tej malowniczej linii kolejowej, ponieważ zapadł zmrok. W ciemnościach dojechałem do Bielska-Białej akurat w samą porę, by umyć się, przebrać się i pójść na wigilię organizowaną u mnie w pracy. Tak więc po udanej górskiej wycieczce przyszła kolej na udaną imprezę, dzięki czemu zakończyłem ten dzień w podwójnie udany sposób :)
środa, 28 listopada 2018
09.11 Tri Kopce i Lieskova
Trasa: Sól Bór – Przełęcz Graniczne – Vrescovka – Penakovci – Skalite – Tri
Kopce – Lieskova – Grunik – Czadca
Jak większości Polaków, na krótko przed Świętem Niepodległości trafiła mi
się miła niespodzianka: z okazji szczególnej, setnej rocznicy tego wydarzenia
otrzymam dzień wolny w poniedziałek 12 listopada. Ostateczne potwierdzenie tego
przez moją szkołę, po zatwierdzeniu ustawy o dodatkowym dniu wolnym przez
Senat, otrzymałem w środę 7 listopada. A to nie wszystko: tego samego dnia
dowiedziałem się, że moje zajęcia w piątek 9 listopada zostaną odwołane! I ni
stąd ni zowąd z dwudniowego weekendu zrobił mi się czterodniowy! Postanowiłem,
że wykorzystam go na maksa do chodzenia po górach, bo warunki ku temu wciąż
były naprawdę wyśmienite, wręcz perfekcyjne jak na tą porę roku. To znaczy,
wykorzystam go prawie na maksa, wyruszając w góry w trzy dni spośród czterech
wolnych: w piątek i niedzielę pójdę w Beskidy, w sobotę w Tatry, a w
poniedziałek zrobię sobie dzień relaksu, żeby odpocząć po wysiłkach poprzednich
trzech dni i wrócić we wtorek do pracy w pełni sił.
Moja pierwsza wycieczka tego niespodziewanego długiego weekendu, w piątek,
była naprawdę wyjątkowa. Zostało mi w Beskidach coraz mniej szlaków, na których
moja noga jeszcze nie stanęła – a jednak tego dnia udało mi się zaplanować taką
trasę, która w zdecydowanej większości wiodła przez okolice całkowicie mi
nieznane. Tylko na krótkim odcinku, przez Skalite, pokrywała się z moimi
trasami z 26.10.2014 oraz 25.06.2018. Poza tym odkrywałem bardzo mało znane, a
zarazem niezwykle piękne, szlaki w Bekidach Kysuckich na Słowacji.
Piątkowy poranek na Podbeskidziu był bardzo mglisty i zimny. W takiej aurze
pojechałem z Bielska-Białej do Żywca, a następnie wsiadłem w busa jadącego do
Soli, do osady Bór niedaleko granicy z Słowacją. Podczas tej podróży stopniowo
wyjeżdżałem w mgieł w stronę słonecznego nieba. W Soli było już całkowicie
bezchmurnie i znacznie cieplej. Idealne warunki na jesienną górską wycieczkę!
Fotorelację rozpocznę w bardzo lubiany przeze mnie sposób, a mianowicie
zdjęciem kapliczki :)
Początkowy odcinek mojej trasy – i zarazem jedyny na terenie Polski – wiódł
niewielką asfaltową drogą z końcowego przystanku busa do Przełęczy Graniczne.
Miałem z tej drogi widoki, pięknie ubarwione jesiennym pomarańczem i złotem, na
pobliską Skalankę oraz nieco odleglejszy Rachowiec.
Na przełęczy szczególnie wyróżniała się panorama Kikuli, która skutecznie
przesłaniała Wielką Raczę.
Oto droga, którą kontynuowałem wędrówkę po słowackiej stronie, a którą
jednocześnie prowadzi trasa szlaku żółtego: szersza i znacznie lepszej jakości,
niż droga po stronie polskiej, lecz jednakowo pusta...
Sporo było sielankowych pejzaży wzdłuż tej
drogi, którą schodziłem do wsi Vrescovka:
Na obrzeżach wsi żółty szlak odbija do góry, ja jednak kontynuowałem wędrówkę
asfaltem, na którym stopniowo wzrastał ruch samochodów, aż do Skalitego. Ten
odcinek, wiodący doliną, był dużo mniej ciekawy i mało widokowy. Warta
zwrócenia uwagi na nim jest jedynie kolejna kapliczka:
Oryginalne klimaty na obrzeżach Skalitego...
W centrum Skalitego natrafiłem na dwa piękne pomniki, upamiętniające
poległych za wolność tej ziemi. Jeden z nich – co ciekawe – z napisem nie tylko
po słowacku, ale także po rosyjsku.
W Skalitem wszedłem na czerwony szlak i rozpocząłem niezbyt wymagające
podejście na górę Tri Kopce (824 m n.p.m.). Od razu po opuszczeniu Skalitego
rozpoczęły się idylliczne widoczki...
Widząc pasącą się na polu krowę, chciałem podejść do niej bliżej, aby
zrobić zdjęcie panoramy wzgórz za Skalitem z nią na pierwszym planie. Krowa
jednak dość oburzyła się, gdy podszedłem o krok za blisko niej, więc szybko
cofnąłem się parę kroków do tyłu i wykonałem zdjęcie z odrobinę dalszej
odległości ;)
Za szczytem Tri Kopce rozpoczęła się dla mnie prawdziwa wędrówka w
nieznane, czerwonym szlakiem do Czadcy. Początkowo widoki miałem w kierunku
Trójstyku – z dobrze widocznym przebiegiem nowej drogi ekspresowej
trawersującej łagodne zbocza słowackich Beskidów:
Trochę było też motywów religijnych...
Na górze Lieskova (850 m n.p.m.), najwyższym punkcie mojej trasy, pojawił
się widok na Wielką Raczę:
Czerwony szlak z Lieskovej przez Grunik do Czadcy to dla mnie bezapelacynie
jedno z największych tegorocznych odkryć w Beskidach. Prowadząc po grzbiecie
górskim, na przemian w górę i w dół, był dość długi i wymagający kondycyjnie,
ale fantastyczny pod względem widoków. Zwłaszcza w taki piękny jesienny dzień.
Nie będę więcej komentować, niech
zdjęcia dadzą świadectwo, jaki to jest ciekawy i warty odwiedzenia szlak.
Odcinek po grzbiecie górskim o nazwie Javorske był wędrówką przez step,
wśród falujących na wietrze pożółkłych traw, z widokami na rozmaite szczyty
słowackich Beskidów...
A całe to piękno miałem prawie w wyłączności dla siebie. Na całej długości
czerwonego szlaku minęła mnie zaledwie jedna osoba. Po prostu jak w bajce!
Wreszcie, gdy słońce zaczynało już chylić się ku zachodowi, rozpocząłem
ostatnie tego dnia zejście, a przede mną w dole ukazały się zabudowania Czadcy,
otoczone malowniczymi wzgórzami.
Takiego słitaśnego kotka spotkałem na obrzeżach Czadcy :)
Sam koniec mojej trasy był niezbyt przyjemny i stanowił olbrzymi kontrast z
dziewiczą naturą, przez którą wędrowałem przez prawie cały dzień. Część Czadcy,
do której sprowadza czerwony szlak, był jednym ogromnym placem budowy, w którym
powietrze śmierdziało spalinami i huczało od pracującego ciężkiego sprzętu oraz
przejeżdżających samochodów.
Od takiej „cywilizacji” chciałem tylko uciekać. O ileż lepiej było w
górach, z dala od tego wszystkiego... Ale nie wszystko, co cywilizowane, jest
złe. Po drodze natrafiłem na ogromny hipermarket Tesco i nie mogłem oprzeć się
pokusie, aby zrobić tam duże zakupy ;) Ostatni kilometr mojej trasy, do dworca
w Czadcy, przeszedłem obładowany siatkami z zakupami. Bardzo
niecharakterystyczne zakończenie górskiej wędrówki ;) Dźwigając toboły
doczłapałem się do czadeckiego dworca, który – jak wiele stacji kolejowych na
Słowacji – swoim wyglądem zdecydowanie nawiązywał do okresu głębokiej komuny.
Trasę powrotu miałem podobną do tej po wyprawie na Wielką Raczę poprzedniej
niedzieli, a więc: pociągiem (tym razem nie Pendolino a składem z starymi,
tradycyjnymi wagonami przedziałowymi) do Czeskiego Cieszyna, a następnie
autobusem do Bielska-Białej. Wyjechałem z miasta o świcie a wróciłem po
zachodzie słońca... Taka wycieczka na cały dzień, ale jakże warta poświęconego
na nią czasu. Uwielbiam to, że dla mnie Beskidy wciąż mają w sobie jeszcze
wiele do odkrycia, a ta wyprawa dostarczyła mi szczególnie dużo przyjemności z
poznawania nowych szlaków. Życzę Wam, szanowni Czytelnicy, aby i Wam było dane
zaznać tej radości :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)