Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Mały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Mały. Pokaż wszystkie posty
piątek, 24 kwietnia 2026
piątek, 19 grudnia 2025
piątek, 19 września 2025
piątek, 31 stycznia 2025
sobota, 30 listopada 2024
niedziela, 29 września 2024
wtorek, 27 września 2022
18.09 Z Kóz do Straconki
Trasa: Kozy - Przełęcz U Panienki - Gaiki - Przełęcz Przegibek - Straconka
Niedzielne popołudnie miałem zarezerwowane na spotkanie z Iloną i jej rodziną, natomiast przedpołudnie miałem wolne i bardzo chciałem spędzić je w górach. Martwiłem się tylko, że według prognoz miało solidnie padać. A tymczasem dzień wstał suchy i nawet z przebijającym się słońcem, a przez czas trwania mojej wędrówki (około 7-10) nie spadła ani kropla deszczu! Chyba niebiosa czuwały :) Dzięki temu mogłem odbyć naprawdę przyjemną wycieczkę w okolicach Bielska-Białej, po tej części Beskidu Małego w której jesienią 2013 zaczynałem moją przygodę z polskimi górami.
Dojechawszy PKS-em do przystanku Kozy Kozpol, przeszedłem do podnóży gór ulicami: Wapienna, Legiońska, Bagrówka, Górna, Strumyków, Chrobacza, Beskidzka. Po tej ostatniej ulicy prowadzi żółty szlak w kierunku Przełęczy u Panienki. O tej niedzielnej porannej porze Kozy jeszcze spały. Z skrzyżowania Wapiennej i Legiońskiej miałem widok na pasmo Gaików, którym właśnie zamierzałem przejść:
Żółtym szlakiem poprzednio szedłem 6 lutego 2015 wśród sporych ilości śniegu - tym razem oczywiście warunki były zupełnie inne. Przed Przełęczą u Panienki mogłem zobaczyć nieodległą Hrobaczą Łąkę - której stoki niestety są zdewastowane przez szerokie drogi leśne, których w ostatnich latach pojawia się coraz więcej w tej części Beskidu Małego...
Na Przełęczy u Panienki zastałem piękną kapliczkę, stojącą tam niezmiennie od lat:
Dalsza wędrówka czerwonym szlakiem na Gaiki była niespecjalnie widokowa, ale łatwa i przyjemna. Po drodze spotkałem kilku turystów rozpoczynających wędrówkę Małym Szlakiem Beskidzkim. Życzyłem im dobrej pogody, bo ta na następne kilka dni nie zapowiadała się dobrze... Na Gaikach skręciłem na niebieski szlak, którym miałem przejść na Przełęcz Przegibek. Ale już po kilkuset metrach spontanicznie skręciłem w prawo na pozaszlakową ścieżkę, którą zszedłem do nieco większej leśnej drogi i to właśnie nią doszedłem na przełęcz, docierając na nią od północnego zachodu. Przedtem narzekałem na te leśne drogi, że szpecą Beskid Mały - ale trzeba przyznać że przynajmniej widoki z nich są zacne.
Z Przełęczy Przegibek zostało mi już tylko krótkie zejście czarnym szlakiem do przystanku autobusowego Straconka Zakręt. A stamtąd podjechałem autobusem linii nr 11 kilka przystanków do legendarnego lokalu Ciachomania :) Jak mi w ostatnich latach brakowało ich wypieków!
Na ten dzień to był z górami koniec - ale miałem jeszcze symbolicznie odwiedzić je w dniu następnym :)
piątek, 17 grudnia 2021
10.12 Micherda
Trasa: Kozubnik - Micherda - Snoza - Porąbka
Tydzień temu wyjechałem z Warszawy na ostatni w tym roku wypad w góry. Tylko na dwa dni, i na bardzo "niskie" trasy ze względu na mocno zimowe warunki (maksymalna wysokość na jaką wszedłem to około 640 m n.p.m.). Ale nawet taki symboliczny wyjazd niesamowicie mnie odświeżył i dał mi potężny zastrzyk energii na końcówkę tego roku 2021. I dał mi możliwość, aby nareszcie zaczerpnąć trochę zbawiennych promyków słońca - bo w Warszawie przez cały tydzień poprzedzający ten wyjazd, jak i przez ten tydzień który minął od czasu wyjazdu, słońce nawet na minutę nie wyszło zza chmur...
Tak więc w słoneczne piątkowe południe wysiadłem z autobusu w Kozubniku i udałem się ulicą Mała Puszcza do samego końca asfaltu. Tym samym po raz pierwszy dotarłem do miejsca, w którym znajdował się legendarny ośrodek "Kozubnik", który przez lata niszczał i stał się pustostanem podobnej sławy co "Stalownik" w Mikuszowicach. Ale teraz wszystko się zmieniło... budynek został przemieniony na luksusowy apartamentowiec, a obok jeszcze wybudowano kolejny. Jakoś nie do końca takie budynki mi pasują do otoczenia... no ale na pewno lepiej żeby to tak wyglądało niż żeby stał tam opustoszały, sypiący się wieżowiec.
Ale żeby tak kolorowo nie było - dosłownie kawałeczek za tymi apartamentowcami ostał się inny pustostan...
A kilkaset metrów dalej natrafiłem na malutki, opuszczony ośrodek narciarski:
Za nim skończył się asfalt i rozpoczęło się niedługie, umiarkowane podejście serpentynami, po leśnej dróżce do szlaku żółtego pod górą Micherda. Oblepione śniegiem drzewa wyglądały wprost bajkowo:
Dotarłszy do skrzyżowania z żółtym szlakiem, udałem się kilkadziesiąt metrów w stronę Kiczery, po czym odbiłem w lewo, na pozaszlakową ścieżkę prowadzącą na polanę pod szczytem Micherdy.
A potem skręciłem na prawo, czyli na południe, i powróciłem na żółty szlak krótką ale stromą ścieżką, cały czas wśród baśniowych widoków.
Miejsce, w którym doszedłem z powrotem do żółtego szlaku, było jednocześnie najwyższym punktem trasy. Potem zszedłem tym szlakiem kawałek w dół, tym samym zamykając "pętelkę" po Micherdzie. Teraz czekało mnie zejście do Porąbki. Było na nim sporo polan z rozległymi widokami, które w zimowej szacie prezentowały się wprost magicznie.
Dotarłem do mety mojej trasy w Porąbce niemal równo dwie i pół godziny od jej rozpoczęcia. Można by spokojnie przejść ją krócej, gdyby nie śnieżne warunki oraz moje częste postoje na robienie zdjęć. Ale nie spieszyło mi się zupełnie, więc warto było przejść trasę powolnym krokiem i podelektować się w pełni przepiękną zimą w Beskidach. Generalnie zima nie jest moją ulubioną porą roku, ale w górach - zwłaszcza w tak słoneczne dni jak ten - zawsze odczuwam ogromny przypływ miłości do niej :)
czwartek, 30 września 2021
23.09 Pętla na Hrobaczą Łąkę
Trasa: Porąbka - Żarnówka Duża - Hrobacza Łąka - Bujakowski Groń - Porąbka
Tydzień temu wpadłem do Bielska-Białej odwiedzić starych znajomych z pracy. Oczywiście obowiązkowo z tej okazji musiałem wybrać się w pobliskie góry, po których chodziłem nawet po kilka razy w tygodnia w tych czasach gdy byłem mieszkańcem tego miasta. Na mój cel wybrałem tym razem Hrobaczą Łąkę - górę na której, mimo bliskości Bielska-Białej, byłem zaledwie dwa razy, a ostatnim razem aż... 7 lat temu! Jakoś potem nie ciągnęło mnie na tą górę, bo szlaki na nią zdawały się mi mało widokowe i mało ciekawe w porównaniu z innymi pobliskimi trasami, np. na Magurkę Wilkowicką, Klimczok, Skrzyczne czy Błatnią. A jednak warto było teraz wrócić na Hrobaczą Łąkę po latach - było tak jakbym odkrył ją na nowo!
Jeszcze przed południem przyjechałem do Bielska-Białej pociągiem z Warszawy. Z sentymentem udałem się na spacer po centrum miasta. Niewiele się tam zmieniło, poza tym że przybyło rzeźb z postaciami z bajek :)
A potem przyszedł czas na wycieczkę w góry. Pojechałem w nie z kolegą, z którym znam się od 8 lat a do tej pory ani razu nie byłem w nim w górach - jednak teraz nareszcie się to zmieniło i odbyliśmy naszą pierwszą wspólną górską wędrówkę. Punktem zarówno początkowym, jak i końcowym naszej trasy był przystanek PKS przy zaporze w Porąbce. Postanowiliśmy wejść na Hrobaczą Łąkę żółtym szlakiem, a zejść czerwonym. Początkowy odcinek żółtego szlaku wzdłuż ruchliwej szosy był niezbyt przyjemny, ale jak tylko odbiliśmy na mniejszą drogę w stronę Żarnówki Dużej to od razu ruch zrobił się mniejszy. Żółty szlak prowadzi na szczyt Hrobaczej Łąki praktycznie w całości asfaltową drogą. My jednak postanowiliśmy sobie urozmaicić trasę i w dwóch miejscach odbiliśmy od szlaku. Najpierw zamiast ulicą Koniora skierowaliśmy się ulicą Jutrzenki, co okazało się strzałem w dziesiątkę - z tego odcinka były świetne widoki na Jezioro Międzybrodzkie i dolinę Soły.
Drugi odcinek, na którym zboczyliśmy od szlaku, wyglądał w taki sposób że zamiast ulicą Koniora poszliśmy ulicą Kosowską (najpierw asfaltem, potem drogą gruntową wzdłuż skraju lasu). Co ciekawe, moja mapa pokazywała że niby szlak przebiega ulicą Kosowską zamiast Koniora, choć w rzeczywistości jest na odwrót (i było na odwrót już w 2014, gdy szedłem tym szlakiem poprzednim razem). Z Kosowskiej widoki były nieco bardziej ograniczone, tylko chwilami spomiędzy drzew wyłaniało się pasmo Magurki Wilkowickiej.
Powróciliśmy na asfalt, który im wyżej w tym gorszym był stanie, i na spokojnie doszliśmy nim do schroniska na Hrobaczej Łące, gdzie przyszła pora na chwilę odpoczynku, piwko i lekką przekąskę.
Potem poszliśmy pod krzyż na szczycie, obok którego stoi mała platforma widokowa. Pamiętałem, że gdy byłem tam poprzednio to obecność platformy była praktycznie zbędna, ze względu na to że drzewa i tak zasłaniały widoki z niej. A tym razem... duże zaskoczenie! Część drzew wycięto, dzięki czemu z platformy rozciąga się rozległa panorama na północ, w stronę nizin Górnego Śląska.
Ogólnie więc Hrobacza Łąka okazała się znacznie bardziej widokowa niż się spodziewałem. W to słoneczne jesienne popołudnie, przy pustych i spokojnych szlakach, sprawiała naprawdę pozytywne wrażenie. Chyba nie doceniałem walorów tej góry. Bardzo zadowoleni z decyzji żeby się tam wybrać, skierowaliśmy się na czerwony szlak, który sprowadził nas z powrotem do Porąbki. Tu już żadnych widoków nie było, ale przez pachnący świeżością las, który również był bardzo urozmaicony (miejscami z gęstymi świerkami, a miejscami liściasty np. z bukami) szło się bardzo przyjemnie. Niecałe półtorej godziny po opuszczeniu Hrobaczej Łąki znaleźliśmy się znów przy zaporze w Porąbce.
Odświeżeni i bardzo szczęśliwi wróciliśmy PKS-em do Bielska-Białej. Tam resztę dnia spędziłem intensywnie na różnych spotkaniach towarzyskich :) A następny dzień... następny dzień miał przynieść "danie główne" w górach, do którego owa wycieczka na Hrobaczą Łąkę była tylko "przystawką": moją pierwszą w życiu wędrówkę w Pieninach. Na relację z niej zapraszam do następnego wpisu :)
środa, 26 sierpnia 2020
03.08 Błasiakówka i Przełęcz Kocierska
Trasa: Kocierz Górny - Sołdrówka - Błasiakówka - Przełęcz Kocierska - Targanice Górne
Kolejny raz sprawdziło się, że gdy się ma zły dzień, idealnym rozwiązaniem jest spacer po górach, nawet choćby tylko symboliczny :) W poniedziałek rano byłem w fatalnym nastroju (nie wnikajmy czemu), ale po przechadzce w Beskidzie Małym, mimo że po krótkiej i niespecjalnie ciekawej trasie, wróciłem do Bielska-Białej całkowicie odmieniony :)
Początek wycieczki tylko pogorszył mój nastrój, bo dojazd do Żywca okazał się nie lada wyzwaniem. Pociąg, którym miałem jechać, był kolosalnie opóźniony, więc poszedłem na busa - tylko że w dobie pandemii wycięto zdecydowaną większość busów na trasie z Bielska-Białej do Żywca. Załapałem się na jednego, ale ten utknął w tak gigantycznym korku na wjeździe do Żywca, że już myślałem że nie zdążę na kolejnego busa do Kocierza (a następny miał być po czterech godzinach). Ostatecznie udało się, ale tylko dzięki temu, że zamiast jechać na dworzec autobusowy w Żywcu, wysiadłem z busa wcześniej i pobiegłem na przystanek przy ul. Żeromskiego, docierając do niego na chwilę przed busem do Kocierza. Przynajmniej szczęście mi sprzyjało... no i od tego momentu było już tylko lepiej. Gdy wysiadłem z busa w Kocierzu, poniżej osady Sołdrówka, i ruszyłem na górską trasę, wszystkie smutki uleciały i z każdą minutą byłem coraz szczęśliwszy :)
Udałem się na górę Błasiakówka, na której znajduje się luksusowy Hotel Kocierz. Zielony szlak prowadzi na tą górę spod kościoła w Kocierzu Górnym, ale jakiś rok temu, gdy remontowano drogę nr 781 z Żywca do Andrychowa i nie można było przechodzić wzdłuż niej, zmieniono trasę szlaku i poprowadzono go przez Sołdrówkę, ulicą Widokową. Teraz szlak powrócił na swoją starę trasę, ale postanowiłem że i tak zaliczę tą "tymczasową". Ruszyłem więc w górę ulicą Widokową, która jest, jak nazwa wskazuje, widokowa.
Choć zupełnie szczerze to na tej ulicy jest więcej widoków na kapliczki niż na góry ;)
Po przejściu przez Widokową przekroczyłem drogę nr 781 i wróciłem na starą trasę zielonego szlaku. Niedługo potem znalazłem się pod Hotelem Kocierz. Ewidentnie sporo turystów tam wypoczywało, ale obiekt jest duży więc każdy miał trochę miejsca dla siebie. Można tam wypoczywać w całkiem fajnych warunkach :)
A potem czekało mnie tylko krótkie zejście czarnym szlakiem do Targanic Górnych i już wycieczka była zakończona. Może powiecie że taka trasa to nic specjalnego, ale ja powiem że zawsze jest dobrze pójść w góry i tym razem też zdecydowanie było warto się w nie wybrać :)
sobota, 30 listopada 2019
28.11 Potrójna
Trasa: Bolęcina - Kowale - Potrójna - Przełęcz Skaliste - Targanice Nowa Wieś
Myślałem, że w tym roku już nie zasiądę do pisania tego bloga... a jednak życie lubi sprawiać niespodzianki ;) Trochę dziwnie się pisze już nie jako mieszkaniec Bielska-Białej, a jako warszawiak. Od września nowa praca w stolicy pochłaniała mi tyle czasu i kosztowała mnie tyle energii, że o wypadach w góry na południe Polski nie mogło być mowy. Nawet w wyjątkowo pięknym październiku, który w tym roku niemalże w całości upłynął pod znakiem babiego lata. A moje doświadczenia z wszystkich poprzednich lat zamieszkiwania na Podbeskidziu - 2013, 2014, 2017 i 2018 - wskazywały, że ten miesiąc jest absolutnie najpiękniejszy na południu Polski. Lecz niestety, tym razem musiałem się zadowalać codziennym oglądaniem kamerek z Tatr i Beskidów, a moje obcowanie z przyrodą ograniczało się do spacerów po warszawskich parkach. Muszę jednak przyznać, że te parki są wyjątkowo piękne, więc jakaś rekompensata na pewno była :)
Dochodził już końca również całkiem ładny listopad i wciąż planów na wyjazdy na południe Polski nie miałem w głowie, gdy pojawił się niespodziewany zwrot akcji: telefon z Urzędu Wojewódzkiego w Bielsku-Białej z informacją, że nareszcie przyznano mi obywatelstwo polskie, o które złożyłem aplikację już prawie dwa lata temu. Cudowna wiadomość! Skoro urodziłem się w Polsce i spędziłem tu sporo lat mojego życia, to już stawało się śmieszne, że wciąż nie posiadałem polskiego obywatelstwa. Teraz nareszcie dopiąłem swego :) No i okazało się, że muszę pojechać do Bielska-Białej osobiście, aby podpisać i odebrać odpowiednie dokumenty. Skoro to w tamtejszym urzędzie złożyłem aplikację, to tam również muszę dopełnić procedury. Gdybym miał standardowy tydzień pracy od poniedziałku do piątku to pewnie miałbym niemałe kłopoty, żeby tą sprawę załatwić. Wszak w soboty i niedziele urzędy są nieczynne. Ale tak się składa, że w nowej pracy prowadzę zajęcia od... soboty do środy, a mój weekend to czwartek+piątek. Więc od razu w pierwszy możliwy "weekend" udałem się na dobrze mi znane Podbeskidzie, aby oficjalnie zostać Polakiem :)
No i chyba wypadałoby przy tej okazji wybrać się w góry, no nie? Na szybko (bo bilety kolejowe kupowałem w środę wieczorem) wykombinowałem plan na te dwa wolne dni. W czwartek raniutko odwiedzę mój ukochany Kraków, a potem, w drodze do Bielska-Białej, wstąpię do Beskidu Małego. A nazajutrz, oprócz obowiązkowej wizyty w urzędzie, przed powrotem do Warszawy wybiorę się do Beskidu Żywieckiego - który, na podstawie wieloletnich doświadczeń, chyba muszę uznać jako moje ulubione beskidzkie pasmo :)
Historyczna chwila nastąpiła w czwartek o 12:15, gdy wysiadłem z autobusu MZK Andrychów (linia nr 6) na przedostatnim przystanku w Bolęcinie. Oto znów stoję na beskidzkiej ziemi! Gdzie miałem zamiar się udać? Ano na Potrójną. A dlaczego na Potrójną? Ponieważ w Beskidzie Małym mam zaliczony naprawdę każdy odcinek szlaku (poza kilkoma "cywilizowanymi", zabudowanymi odcinkami w Krzeszowie i okolicach), za wyjątkiem jednego, tak króciutkiego że na wielu mapach wręcz go nie widać: zielonego szlaku łącznikowego do chatki na Potrójnej. Chyba nareszcie wypadałoby go zaliczyć. A Potrójna to wyjątkowo urokliwa góra, więc zdecydowanie miało to sens, aby właśnie ten szczyt wybrać jako pierwszy do zdobycia podczas tego powrotu w Beskidy.
Rozpocząłem podejście ulicą Stromą, do przysiółka Kowale. Według mojej mapy przedłużeniem tej ulicy była ścieżka, którym mógłbym dojść do żółtego szlaku pod Jawornicą. To właśnie Jawornica była na pierwszym planie mojego pierwszego widoku na ukochane góry :)
Podczas podejścia ciekawe widoki pojawiły się też za moimi plecami, gdzie doskonale było widać Leskowiec. Panorama całkiem ładna, jak to w Beskidach bywa - ale dla mnie w tym momencie, po rozłące z górami, zdawała się wprost fenomenalna :D
Kowale to maleńki przysiółek na skraju lasu z kilkoma domkami, który sprawiały wrażenie kompletnie opuszczonych - być może są zamieszkiwane tylko w sezonie letnim. Przypuszczam że wtedy, gdy drzewa są okryte liśćmi, z okien tych domków nie ma żadnych dalszych widoków. Teraz, przy niewielkiej ilości liści, co nieco było widać w stronę przedgórzy Beskidu Małego, zajmujących obszar pomiędzy górami a Wadowicami i Andrychowem.
Za Kowalami ścieżka stała się znacznie stromsza, ale wciąż była dość szeroka i dobrze widoczna, więc mowy nie mogło być o zabłądzeniu. Po ponad dwóch miesiącach przerwy nie tylko od gór, ale w ogóle od jakiejkolwiek formy aktywności fizycznej (wstyd mi to przyznać, ale w Warszawie poza wspomnianymi spacerkami po parkach naprawdę brakowało mi czasu i energii do jakiegokolwiek innego poważniejszego ruchu) miałem obawy o swoją kondycję - jednak ku mojej uldze nie było wcale tak źle, chociaż troszeczkę się zmęczyłem. Musiałem nawet zdjąć kurtkę, aby za bardzo się nie spocić, co było dla mnie lekkim szokiem zważywszy na porę roku. Na południu Polski jednak zauważalnie jest trochę inny klimat - o ile w Warszawie przez poprzedni tydzień musiałem chodzić w zimowej kurtce, o tyle tu zalegało naprawdę ciepłe powietrze. Czapka też była zbędna. Nic, tylko się cieszyć takimi ostatnimi podrygami babiego lata! No i widokami, które były troszkę ograniczone, ale przynajmniej jakieś były.
Na krótko przed osiągnięciem grzbietu Jawornicy leśna dróżka ku mojemu zaskoczeniu skręciła w prawo i zaczęła nawet lekko opadać w dół - a więc zupełnie nie w tym kierunku, którym zamierzałem iść. Dlatego postanowiłem pójść na wprost "na dziko". Odrobineczkę pochaszczowałem, ale o tej porze roku, przy braku wegetacji, sprawiało mi to dużo mniej problemów niż w porze letniej. Wystarczyło tylko kilka minut takiego brnięcia przez zarośla, aby dotrzeć do żółtego szlaku. Poszedłem nim w stronę Potrójnej reflektując, ile to czasu nie szedłem tym szlakiem. Poprzednim razem 12 stycznia 2014... tyle lat temu, że zdawałoby się jakby w innym życiu. Nie zapamiętałem za bardzo odcinka Jawornica-Potrójna z tamtej wycieczki, i teraz mogłem zrozumieć dlaczego: ponieważ ten odcinek jest po prostu monotonny. Prawie płaski, zalesiony, bez widoków, niemalże prosty jak strzała. W innych okolicznościach powiedziałbym, że szło się nudnawo. Ale tym razem tak się cieszyłem z powrotu w góry, że o nudach nie mogło być mowy. No i ujmowała mnie ta cisza w górach. W czwartkowe popołudnie pod koniec listopada naprawdę mało kto wybiera się w góry... tak więc miałem je dla siebie i byłem tym faktem zachwycony.
Na szczycie Potrójnej mój zachwyt sięgnął zenitu. Tak, wiem, że nie są to najbardziej spektakularne widoki na świecie, ale w tej sytuacji czułem się tak jakby one naprawdę takie były :)
I nawet "Królowa Beskidów" pokazała mi swoje oblicze!
Niebawem dotarłem do początku tego mitycznego zielonego szlaku. Ciekawe, czy dla mnie będzie dostępna herbata bądź kawa w takim dniu i o takiej porze, gdy góry są całkowicie opustoszałe?
Po kilku minutach znalazłem się przed chatką i wszedłem do środka. Okazało się, że jej lokatorzy są dość zajęci - gospodarze pracami remontowymi, a ich dzieci zabawą - jednak herbata, która na tej wysokości smakowała wyjątkowo, jak najbardziej się dla mnie znalazła :)
Po herbatce musiałem żwawo ruszyć w dalszą drogę - wszak zbliżała się 15:00, a za godzinę już będzie się robić ciemno. Mimo wszystko musiałem od czasu do czasu się zatrzymywać, aby robić zdjęcia. Ten kawałek zielonego szlaku na południe od chatki jest chyba naprawdę najbardziej panoramicznym odcinkiem szlaku na Potrójnej. Naprawdę się cieszę, że nareszcie miałem okazję go poznać.
Dotarłem do skrzyżowania z Małym Szlakiem Beskidzkim, z którego wykonałem ostatnie zdjęcie przed opuszczeniem Potrójnej, z panoramą Leskowca:
A potem musiałem schodzić bardzo szybko, bo czasu do zmroku zostało naprawdę niewiele. Schodziłem czerwonym szlakiem w kierunku zachodnim, ale przy pierwszej okazji (w okolicach Przełęczy Skaliste) skręciłem w prawo na leśną ścieżkę, która zaczęła mnie sprowadzać w kierunku Targanic. Ponieważ ścieżka schodziła doliną, ciężko było z niej zboczyć i nie musiałem obawiać się zabłądzenia, ale za to powody do niepokoju miałem inne: robiło się coraz ciemniej, a tymczasem ścieżka była cała przysypana jesiennymi liśćmi i w takiej sytuacji było wręcz niemożliwe zobaczyć, jak głęboko pod nimi jest grunt. Wędrówka przez takie "zaspy" liści jest niebezpieczna, ponieważ jest bardzo łatwo źle postawić nogę i ją skręcić. W takich okolicznościach należałoby schodzić powolutku, a tymczasem z powodu raptownie zapadającego zmroku byłem zmuszony schodzić szybko. Może poniższe zdjęcie moich nóg głęboko przysypanych liśćmi jest trochę śmieszne, ale wcale nie było mi do śmiechu. Na szczęście dotarłem do Targanic bez żadnej kontuzji.
Jakże było moje zaskoczenie, gdy byłem już na skraju lasu, zdawałoby się wciąż na odludziu (po prawej stronie miałem co prawda kilka domków letniskowych, ale poza tym nie było śladu cywilizacji) a tu nagle w mroku ukazał się mi diodowy wyświetlacz autobusu. Okazuje się, że pętla Targanice Nowe Wieś, do której dojeżdża linia MZK Andrychów nr 4, jest położona naprawdę na samym końcu cywilizacji, praktycznie w lesie. Całe szczęście dla mnie, ponieważ dzięki temu moja wędrówka po ciemku była skrócona. Autobus odjechał do Andrychowa natychmiast po tym, jak do niego wsiadłem, i dzięki temu ostatecznie dojechałem do Bielska-Białej nawet szybciej, niż się spodziewałem. Wieczór tam upłynął mi przesympatycznie na spotkaniach z starymi znajomymi. Stęskniłem się trochę za nimi... muszę przyznać, że ten wieczór spędzony z nimi oraz ponowne ujrzenie Beskidów i miasta, w którym poprzednio mieszkałem - to wszystko sprawiło, że naprawdę poczułem tęsknotę. Chyba jednak kiedy przeniosłem się z Bielska-Białej do Warszawy, kawałeczek mojej duszy pozostał na Podbeskidziu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)















