Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Śląski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Śląski. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 25 czerwca 2026
poniedziałek, 12 stycznia 2026
środa, 31 grudnia 2025
sobota, 29 listopada 2025
wtorek, 26 sierpnia 2025
piątek, 13 czerwca 2025
niedziela, 30 czerwca 2024
środa, 28 lutego 2024
niedziela, 31 grudnia 2023
czwartek, 27 kwietnia 2023
23.04 Powrót po latach na mój ulubiony beskidzki szlak :)
Trasa: Szyndzielnia - Klimczok - Siodło Pod Klimczokiem - Podmagurskie - Szczyrk
wtorek, 27 września 2022
19.09 Kozia Góra o świcie
Trasa: Mikuszowice Błonia - Kozia Góra - Cygański Las
W poniedziałek miałem wracać pociągiem z Bielska-Białej do Warszawy o 7:54, a wschód słońca miał nastąpić o 6:23. Czy da się jeszcze w tak ograniczonym czasie pójść w góry? Ależ oczywiście! Musiałem tylko wyposażyć się w czołówkę, ponieważ wędrówkę rozpoczynałem w ciemnościach. O 5:30 wystartowałem spod ATH w Mikuszowicach, o porze wschodu słońca byłem na szczycie Koziej Góry, a kilka minut po 7 rano byłem w dole na pętli autobusowej w Cygańskim Lesie. Cudowny sposób na rozpoczęcie dnia!
Zielony szlak, którym wchodziłem na Kozią Górę, został ostatnio do mniej więcej połowy wybetonowany, co spowodowało wiele kontrowersji. Widać to było chociażby po graffitti, którym beton był pokryty w dość regularnych odstępach...
Osobiście w tym konkretnym przypadku nie jestem aż tak wielkim przeciwnikiem betonu - w końcu szlak i tak prowadzi po trasie dawnego toru saneczkowego, po którym częściowo ostały się betonowe murki, więc zeszpecenie przyrody nie jest takie jak gdyby wybetonowano np. szlak na Rysiankę, którym szedłem dwa dni wcześniej. Na pewno też jest to jakaś korzyść dla osób starszych czy niepełnosprawnych. A do tego, nie ukrywam, czułem się znacznie bezpieczniej podchodząc do góry po ciemku po betonie. Na drugą połowę podejścia, już nie wybetonowaną, akurat zaczynało robić się jasno - i całe szczęście, bo nie chciałbym iść po ciemku po takim niestabilnym podłożu, z kamykami, korzeniami i różnymi innymi wybojami.
Mniej natomiast podobały się różne konstrukcje, które ustawiono na ostatnim odcinku podejścia na Kozią Górę oraz na samym szczycie. W tym przypadku moim zdaniem naturalne widoki są bardziej popsute.
Największą atrakcją na Koziej Górze był nie wschód słońca (niestety niebo było w dużej części zachmurzone), tylko... spotkanie z dzikami :) Widziałem stado dzików z dość dużej odległości, więc nie byłem w żadnym niebezpieczeństwie, ale dreszczyk emocji był ;) Zwierzęta zmyły się dość szybko i zniknęły w krzakach. Droga powrotna minęła mi już bez jakichś szczególnych atrakcji. Najpierw w dół drogą dojazdową z schroniska, potem kawałek żółtym szlakiem, potem na zachód ścieżką pozaszlakową, i na koniec ulicami Podleśną, Krokusową i Olszówka do Cygańskiego Lasu. Ciekawostką były rzeźby w ogrodzie jednego z domów przy ulicy Podleśnej, jak również na skraju naprzeciwległego lasu.
Potem zostało mi już tylko dojechać autobusem MZK do dworca kolejowego w Bielsku-Białej, a wkrótce potem siedziałem w Pendolino do Warszawy. Kolejny krótki wypad w góry dobiegł końca - ale kolejne prawdopodobnie nastąpią wkrótce, zwłaszcza gdy wejdziemy w szczytowy okres złotej jesieni :)
niedziela, 31 lipca 2022
29.07 Pętla z Jaworzynki
Trasa: Jaworzynka - Głębokie - Trzycatek - Wawrzaczów Groń - Jaworzynka
Drugi piątek z rzędu czułem ogromną potrzebę czasu na regenerację i zrezygnowałem z dłuższej trasy w górach na rzecz krótkiej, wręcz symbolicznej. Tydzień wcześniej zamiast na Ćwilin podreptałem na Górę Parkową w Krynicy, a tym razem zamiast iść z Jaworzynki do Kamesznicy (co było moim pierwotnym planem), zrobiłem sobie jedynie małą pętelkę z Jaworzynki, która przy bardzo niespiesznym tempie zajęła mi 2 godziny.
Zacząłem dzień od wspaniałego śniadania w stylu angielskim w kawiarni "4 Jaśki" w Bielsku-Białej. Potem miałem długą, ale bardzo malowniczą podróż autobusem przez Cieszyn do Jaworzynki.
Z centrum Jaworzynki zszedłem ulicą Kopanice do doliny potoku Czadeczka. Potem asfaltową drogą prowadzącą ową doliną aż do parkingu niedaleko granicy polsko-słowackiej. A stamtąd poszedłem do Trzycatka po trasie nowej ścieżki dydaktycznej o nazwie "Ścieżka Trzech Harnasi". Przez cały czas tej wędrówki miałem znakomite warunki pogodowe, jedynie kilka razy w oddali niegroźnie zagrzmiało. A pejzaże były sielsko-anielskie, o czym niech zaświadczą poniższe zdjęcia:
Z Trzycatka poszedłem kawałek na zachód ulicą Wawrzacze, po czym skręciłem na północ inną drogą asfaltową i zahaczając o Wawrzaczów Groń dotarłem do głównej szosy, a nią z powrotem do centrum Jaworzynki. Po drodze ciąg dalszy nieco zabudowanych, ale wciąż bardzo ładnych widoków.
Chciałbym móc popływać w takim basenie z widokiem na góry...
I taki taras z górskim widokiem też bym chciał ;)
Po zakończeniu spaceru zjechałem busem do Wisły, gdzie zjadłem ogromną golonkę ;) Potem odbyłem bardzo widokową podróż autobusem do Żywca, z przesiadkami na Przełęczy Salmopolskiej i w Buczkowicach, a podczas 20-minutowego czasu oczekiwania na Przełęczy Salmopolskiej byłem świadkiem przerażającej nawałnicy z ścianą deszczu i piorunami walącymi bezpośrednio nad przełęczą... natura przypominała, że zwłaszcza w górach należy mieć przed nią ogromny respekt!
A na koniec dnia w Żywcu zaszedłem do amfiteatru pod Grojcem, gdzie odbywał się jubileusz 50-lecia zespołu "Ziemia Żywiecka", jednocześnie będący inauguracyjnym koncertem Tygodnia Kultury Beskidzkiej. Na początku były ciągnące się niemiłosiernie długo przemówienia i wręczanie nagród, ale doceniałem to że po 50 latach ciężkiej pracy takie podziękowania i nagrody temu zespołowi, słowem pewnej pani polityk, "po prostu się należały" ;) A gdy wreszcie rozpoczęła się część artystyczna to naprawdę zachwyciła różnorodnością tańców, nie tylko regionalnych beskidzkich ale również i pochodzących z innych części Polski, które ten zespół zaprezentował.
To był wstęp do jeszcze bogatszych wrażeń artystycznych, których miałem doświadczyć w Istebnej następnego dnia, podczas pierwszego właściwego dnia Tygodnia Kultury Beskidzkiej. Ale przedtem czekała mnie jeszcze jedna trasa w górach...
28.07 Z Ustronia na Równicę
Trasa: Ustroń - Równica - Skalica - Ustroń Polana
Na ostatnie trzy dni mojego pobytu na południu Polski miałem nieco inne priorytety niż zdobywanie górskich szczytów ;) Przede wszystkim chciałem w te dni poświęcić czas na spotkania ze znajomymi w Bielsku-Białej, moim dawnym miejscu zamieszkania. Ale mimo wszystko jakieś górskie wycieczki też musiałem zaliczyć ;) Tak więc w czwartkowe przedpołudnie wybrałem się na krótki, nietrudny spacer w okolicach Ustronia. Chciałem wejść na Równicę i "odświeżyć" sobie w pamięci pierwszy odcinek Głównego Szlaku Beskidzkiego, który przeszedłem aż 8 lat temu (patrz relacja z 11.05.2014), zupełnie nie zdając sobie wtedy sprawy z symbolicznego znaczenia tej części szlaku. A teraz, gdy po ukończeniu GSB rok temu ten szlak ma dla mnie znacznie bardziej osobisty wymiar, chciałem wrócić do tego miejsca, gdzie większość wędrowców zaczyna bądź kończy swoją przygodę z nim.
Krótko przed 10 rano wysiadłem z autobusu na przystanku przy ul. Cieszyńskiej, gdzie już po kilkudziesięciu metrach natrafiłem na taki szczególny pomnik, upamiętniający bohatera II Wojny Światowej - pilota Jana Cholewę z Ustronia:
Ulicami Dąbrowskiego i Sikorskiego dotarłem pod stację kolejową Ustroń-Zdrój i do tego symbolicznego miejsca - początku (lub jak kto woli, końca) Głównego Szlaku Beskidzkiego. Mogłem nareszcie dotknąć kultową kropkę ;)
Dalej przez dłuższy czas nie miałem niczego to sfotografowania - szlak najpierw prowadził ulicami uzdrowiska, a potem do góry dość nużącym szlakiem przez las. Przed Równicą dotarłem do szczególnego miejsca, które dobrze pamiętałem z poprzedniej wędrówki tą trasą: tzw. Kamień Ewangelików, upamiętniający odbywające się tam nabożeństwa ewangelickie w XVII i XVIII wieku, które z obawy przed represjami były tajne.
Wkrótce dotarłem do asfaltowej drogi i schroniska na Równicy, ale to jeszcze nie był właściwy szczyt góry - aby go osiągnąć, czekało mnie jeszcze lekko ponad 100 metrów przewyższenia do pokonania żółtym szlakiem. Podczas tego podejścia z tyłu odsłaniało się za mną pasmo Czantorii na pograniczu polsko-czeskim.
Sam szczyt Równicy jest zalesiony i pozbawiony ciekawszych widoków. Ale potem, gdy zacząłem schodzić z szczytu ścieżką pozaszlakową w kierunku południowo-wschodnim, natrafiłem na świetny punkt widokowy na pasmo Błatniej.
Idąc dalej wyraźną ścieżką, znów lasem, dotarłem do połączonych szlaków - niebieskiego i zielonego - którymi wróciłem pod schronisko na Równicy. Następnie zabrałem się za zejście po kolejnym odcinku GSB, do Ustronia Polany. Szlak schodzi częściowo po asfaltowej drodze, a częściowo skrótami przecinającymi jej liczne serpentyny. Ładne widoki na Czantorię można było oglądać na początku trasy, przy torze saneczkowym, potem zaś było ich brak, pomijając kilka niewielkich prześwitów pomiędzy drzewami.
Mając jeszcze sporo czasu do dyspozycji przed odjazdem mojego autobusu do Bielska-Białej, troszeczkę urozmaiciłem sobie trasę: w Jaszowcu odbiłem na zachód, ulicami Skalnica i Armii Krajowej, po czym przekroczyłem Wisłę kładką. Dalej ulicą Grabową i Topolową dotarłem do tej samej ścieżki, którą 4 czerwca szedłem obrzeżami Ustronia do Polany. I w ten sposób dotarłem do końca trasy. No ale zanim skończę również i relację to muszę jeszcze podzielić się z Wami kilkoma zdjęciami ;) Najpierw punkt przed kładką nad Wisłą z widokiem na Czantorię Wielką:
Widok na Wisłę z kładki - z tej perspektywy wydaje się taką maleńką, niewinną rzeczką, w przeciwieństwie do potężnego nurtu płynącego przez Warszawę gdzie obecnie mieszkam, czy koło mojego rodzinnego Gdańska...
Przez te dwa miesiące, odkąd szedłem zachodnią stronę Ustronia 4 czerwca, niektóre rzeczy na tej trasie zmieniły się zaskakująco szybko. Jedna ze ścieżek niemal całkowicie zarosła i musiałem ją ominąć, a interesujące rzeźby, których zdjęcie zamieściłem w tamtej relacji, zostały zasłonięte płotem :(
Ale przynajmniej ładne widoki z tej trasy na Równicę nie zmieniły się :)
Z mety trasy w Ustroniu Polanie wróciłem autobusem do Bielska-Białej na popołudnie i wieczór spotkań towarzyskich. Na następny dzień zaś miałem w planach krótki beskidzki spacer i długą beskidzką objazdówkę ;)
wtorek, 28 czerwca 2022
20.06 Czantoria Mała
Trasa: Wędrynia - Nydek - Gora - Czantoria Mała - Czantoria Baranowa - Na Łazie - Leszna Górna
Ponieważ mój tydzień pracy wygląda trochę niestandardowo, w przeciwieństwie do większości Polaków nie miałem długiego weekendu na Boże Ciało, za to miałem wolny poniedziałek, następny dzień po tym weekendzie. Dlatego mój dwudniowy wyjazd w góry przypadał na niedzielę i poniedziałek. O ile w niedzielę jeszcze napotkałem sporo turystów na szlakach i na drogach dojazdowych w góry, o tyle w poniedziałek miałem góry praktycznie na wyłączność i poza zabudowanymi obszarami nie spotkałem ani jednej osoby!
Moja poniedziałkowa wyprawa powiodła mnie w mój ukochany Beskid Śląski, po którym tyle chodziłem w tych latach gdy byłem mieszkańcem Bielska-Białej. Z Krakowa pojechałem prosto do Cieszyna, gdzie przeszedłem na czeską stronę i dalej pojechałem lokalnym pociągiem do Wędryni. W Czeskim Cieszynie pozytywnie zaskoczyła mnie obecność wystawy promującej region z którego pochodzę, czyli Pomorze Wschodnie :)
Początkowa część mojej trasy wiodła lokalnymi asfaltowymi drogami, aż dołączyłem do zielonego szlaku Bystrzyca-Nydek. Było gorąco, słonecznie i ogólnie sielankowo.
Było to moje drugie przejście zielonym szlakiem, lecz całkowicie odmienne od pierwszego. Za pierwszym razem (opisanym w poście z 8 grudnia 2017) panowały warunki zimowe i zgubiłem szlak. Tym razem nie przegapiłem punktu, w którym szlak z szerokiej leśnej drogi skręca nagle w wąziutką, mocno zarośniętą ścieżynkę, i dzięki temu zaliczyłem szlak w całości. Natomiast przy słonecznej pogodzie mogłem ujrzeć więcej malowniczych widoków niż poprzednio.
Tak wygląda w pewnym momencie szlak - nic dziwnego, że poprzednim razem go zgubiłem...
Wyjątkowo piękny jest odcinek tuż przed Nydkiem, gdy szlak wychodzi z lasu i na około roztaczają się rozległe panoramy na pasmo Czantorii i inne okoliczne góry.
W centrum Nydka minąłem zabytkowy drewniany kościół. Wtedy niebo było bezchmurne i nie spodziewałem się, że to będzie moje ostatnie zdjęcie wykonane przy dobrej pogodzie...
Zatrzymałem się w Nydku dosłownie na pół godziny, aby zjeść lekki obiad. Tyle czasu wystarczyło, aby niebo z bezchmurnego nagle przeszło w całkowicie zachmurzone i to bardzo ciężkimi, groźnymi chmurami. Byłem zaskoczony - wiedziałem że później tego dnia pogoda miała się załamać, ale nie spodziewałem się że nastąpi to tak wcześnie (była zaledwie 13:30) i tak błyskawicznie. Gdy szedłem dalej asfaltową drogą z Nydka w stronę osady o nazwie Gora, przy granicy z Polską, fotografowałem góry w diametralnie innych okolicznościach.
Przekroczyłem granicę z Polską i rozpocząłem podejście na mój główny cel tego dnia, czyli Czantorię Małą. Najpierw szedłem tzw. Szlakiem Partyzanckim, który od granicy doprowadził mnie do czarnego szlaku nieco poniżej szczytu. Poprzednio szedłem tym szlakiem 6 kwietnia 2019 w tym samym czasie, gdy odbywał się na nim bieg górski. We wpisie z tamtej wycieczki jest zdjęcie pomnika upamiętniającego poległych partyzantów, który wtedy był w fatalnym stanie i nie dało się z niego nic odczytać. Od tego czasu na całe szczęście odrestaurowano pomnik.
Wkrótce po tym, gdy minąłem pomnik, usłyszałem pierwsze grzmoty burzy. Miała przyjść dopiero wieczorem, a tymczasem nadeszła już o 14:30... Dlatego resztę podejścia na Czantorię Małą pokonałem bardzo szybko, nie robiąc zdjęć, a potem natychmiast skierowałem się w dół żółtym szlakiem do obrzeży Ustronia. Moje zejście nim zamieniło się w bieg, gdy grzmoty zbliżały się coraz szybciej, a od strony Czech nadchodziło coś takiego...
W samą porę przed uderzeniem burzy dotarłem do miejsca biwakowego w Czantorii Baranowej - tuż obok punktu, w którym zaparkowaliśmy niedawno podczas wycieczki 4 czerwca na Czantorię Wielką. Przeczekałem burzę pod wiatą. Padało bardzo mocno, a grzmotów i błysków było dużo, ale widziałem niejedną znacznie gorszą burzę w życiu. Po upływie mniej więcej pół godziny przeszła na wschód, nad pasmo Równicy.
Po uspokojeniu się pogody mogłem kontynuować wędrówkę. Moim celem była pętla autobusowa w Lesznej Górnej, a zamierzałem tam dojść nieco okrężną trasą: ulicą Jelenica do przysiółka Na Łazie, potem ścieżką dydaktyczną do zielonego szlaku w Lesznej Górnej, zielonym szlakiem pod Tuł, i na koniec asfaltową drogą w dół do pętli autobusowej. Ostatnio coraz bardziej lubię odkrywać takie "boczne dróżki" poza utartym szlakiem :) Do Lesznej Górnej zejścia i podejścia były bardzo łagodne, ogólnie takie mało górskie, a teren raczej pagórkowaty.
Przed Leszną Górną czekało mnie odrobinkę stromsze podejście po asfalcie ulicą Budzin, a dalej rozległe widoki na Czantorię Małą, Tuł oraz czeski Ostry Vrch.
Niestety od Czech nadchodziła kolejna burza, i do tego aktywniejsza elektrycznie od poprzedniej. Widziałem coraz częstsze pioruny bijące w szczyty Beskidu Morawsko-Śląskiego. Jeszcze tylko parę zdjęć gór pod groźnymi chmurami i rzuciłem się biegiem w dół.
Jeszcze bardziej od piorunów przestraszył mnie widok ognia na jednym ze wzgórz po czeskiej stronie granicy. Ogień miał kształt słupa i wyglądało to tak, jakby zapaliło się samotne drzewo od pioruna. Przypuszczam jednak, że pożar nie mógł trwać dużo, ponieważ wkrótce potem lunął ulewny deszcz więc na pewno go zgasił. A ja akurat gdy zaczynał się największy deszcz dobiegłem do wiaty przystankowej w Lesznej Górnej i mogłem suchy i bezpieczny oczekiwać tam na busa. Nie takimi przygodami miała zakończyć się ta wyprawa... ale i tak było w górach pięknie, jak zawsze. Po tej wycieczce musiałem niestety wracać do Warszawy - ale tego lata mam jeszcze sporo górskich planów :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























































